Stały bywalec. Posty: 4.153. RE: Wyprowadzka dorosłego syna z domu. nie, nie można go wyrzucic, nie można zamknąć drzwi i nie wpuścić go. Trzeba zgłosić sprawę na policję, dzielnicowego, opisać co sie dzieje w waszym domu, nastepnie wnieść do sądu sprawe o przymusowe leczenie w zakładzie odwykowym.
Matka przez pół roku nie wypuszczała swojego ośmioletniego syna z domu. W wielkim blokowisku w Tarnowskich Górach tylko jeden sąsiad zareagował na krzyki chłopca, który skarżył się, że jest głodny.
Moja najstarsza córka dała mi już wnuki, więc mam się z kim bawić i o kogo troszczyć. Pomimo faktu, że są już małżeństwem od dłuższego czasu to tak naprawdę jej nie znam – do tej pory nie miałam z nią jakiegoś zbyt bliskiego kontaktu. Ona także nie bardzo chce ze mną rozmawiać, a ja nie widzę sensu narzucania się.
Odbyłam bowiem poważną rozmowę z mamą, która wyjawiła mi, że w czasie kryzysu swojego związku z tatą wcale nie pojechała do sanatorium, aby przemyśleć sobie swoje sprawy i odpocząć, ale w tajemnicy przed nami wybrała się do Londynu. Do Agnieszki. – Rozmowy z Agnieszką bardzo mi pomogły – przyznała mama.
Zamieszkanie dziecka – córki lub syna – u ojca za zgodą matki. Artykuł 92 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego stanowi, iż dziecko do pełnoletniości pozostaje pod władzą rodzicielską. Z kolei zgodnie z art. 95§ 3 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego władza rodzicielska powinna być wykonywana tak, jak tego wymaga dobro dziecka i
Dlatego, choć z jednej strony wciąż nie potrafiłam sobie poukładać w głowie, jak mogła zrezygnować ze wszystkiego, co do tej pory miała, czułam niemałą satysfakcję, że rzuciła to wszystko akurat dla mojego syna. Miałam wrażenie, że się męczy. Życie płynęło dalej, a ja wyrzuciłam synową z głowy.
. fot. Adobe Stock, Miałam spokojne życie, pracowitego i zaradnego męża, który opiekował się mną i rodziną. Prowadził niewielką firmę remontową. Dopóki bliźnięta, Renia i Marek, nie skończyły szkoły podstawowej, byłam w domu. Potem zatrudniłam się jako bibliotekarka w liceum, do którego trafiły dzieci, więc cały czas miałam je na oku. Byliśmy zwykłą rodziną. Taką jak większość Może nawet trochę nudną – wspólne obiady, niedzielne msze, spacery, wczasy. I nawet czas dorastania bliźniaków przeszedł niemal bezboleśnie. Jedynie Marek dwa razy przyszedł z prywatki podpity. Zajął się tym mąż i syn musiał odpracować kaca w jego firmie. Malował ściany lub sprzątał po remoncie. Chyba mu się to spodobało, bo postanowił pójść w ślady ojca i kiedyś przejąć zakład. Krzysztof się ucieszył. – Wiem, po co to wszystko robię i po co się staram – mówił. – A tak to nie wiedziałeś? – zadrwiłam. – Utrzymanie rodziny to za mało? – Przecież wiesz, co mam na myśli. Marek będzie moim dziedzicem – zakończył z dumą. Miał wtedy taki dziwny, rozczulający wyraz twarzy. Ech, ci mężczyźni. Po dwudziestu pięciu latach pracy i oszczędzania zebraliśmy trochę kapitału. Kiedy bliźniaki skończyły dwadzieścia jeden lat, podczas rodzinnego urodzinowego obiadu Krzysztof powiedział: – Jesteście dorośli. Aby wasze życie dobrze się zaczęło, założyliśmy wam z mamą konta, na których umieściliśmy po pewnej, takiej samej sumie. Wystarczy na niewielkie mieszkanie, podstawowe wyposażenie i rozruch. Jesteśmy z mamą do dyspozycji, gdybyście chcieli się poradzić, co z tym zrobić. Marek kupił sobie dwupokojowe mieszkanie i dobry samochód, Renia kawalerkę, wyjechała na staż do Paryża, potem wróciła i złapała pracę stylisty w telewizji. Kiedy była za granicą, bałam się, że pozna tam kogoś i nie wróci. Była mi po mężu najbliższą osobą. Nawet z przyjaciółkami nie miałam takiego kontaktu jak z córką. Myślę, że w pewnym sensie to było moją zgubą. Ale po kolei. Marek ożenił się w wieku dwudziestu pięciu lat z kobietą o pięć lat starszą z trzyletnim dzieckiem. Jakoś nigdy nie potrafiłam jej polubić. Mniej więcej w tym samym czasie wyszło na jaw, że Renia nigdy nie będzie miała męża. Co najwyżej żonę. To było jeszcze w czasach, kiedy ludziom w Polsce nie było łatwo wyjść z szafy, bo atmosfera na zewnątrz była o wiele bardziej nieprzyjazna niż nawet teraz. Ale nasza córka nam ufała i nie zawiodła się. Gdy tak patrzę wstecz, to widzę, że te moje bliźniaki nigdy nie zachowywały się tak samo. Zawsze wszystko robiły osobno, nigdy nie mogły się dogadać. To pogrzeb twego ojca! Co ty robisz? Renia nigdy nie prosiła nas o pieniądze. To co dostała, mądrze wykorzystała, a potem już liczyła na siebie. Tworzyła plany, biorąc pod uwagę swoje możliwości. Natomiast Marek zawsze miał rozmach, choć możliwości i środki – żadne. Co kończyło się potem złością, rozczarowaniem i obwinianiem nas, rodziców, o to, że nie ułatwiamy mu życia. Dopóki Krzysztof żył, to z nim nasz syn się wykłócał. Chodziło zazwyczaj o firmę, że aby przetrwać, trzeba się rozwijać, poszerzać działania, zatrudnić więcej ludzi, unowocześniać, no i trzeba wziąć wszystko na kredyt. Ale mój mąż nie lubił banków i nie pozwalał synowi szaleć. – Jak przejdę na emeryturę, to firma będzie twoja. Nie wcześniej – mówił. Krzysztof przeszedł na emeryturę, kiedy miał sześćdziesiąt pięć lat. Wtedy zaczęliśmy trochę jeździć po Europie. Zwiedzać. Marek zatarł ręce, wziął kredyty, zatrudnił ludzi… i po dwóch latach przyszedł do ojca po pieniądze na spłatę rat. Bo koniunktura się zmieniła, ale on ma pomysł, jak to przetrwać. Był pod ścianą, więc Krzysztof udzielił synowi pożyczki. I powiedział, co ten powinien zrobić, by wyprowadzić firmę na prostą. Marek wziął pieniądze i robił swoje. Pół roku później sytuacja się powtórzyła, ale tym razem mąż powiedział nie. – To co mamy, to jest nasze zabezpieczenie na starość – powiedział synowi. – Dostałeś więcej niż siostra. Masz firmę. Nie umiesz nią zarządzać, twoja sprawa. Mnie do tego już nie mieszaj. Mąż był łagodnym człowiekiem i wyrozumiałym. Ale miał też żelazny charakter. I jak coś zdecydował, to nie było zmiłuj. Syn o tym wiedział, więc wyszedł, trzasnął drzwiami i tyleśmy go widzieli. Na zewnątrz Krzysztof był spokojny, ale wiedziałam, że świadomość, że jego syn i spadkobierca niszczy wszystko, co on stworzył, męczy go, zabiera sen i spokój. Dlatego nie zdziwiłam się, gdy pewnego dnia dostał zawału. Dwa miesiące później, gdy dotarła do nas wieść, że komornik zajął maszyny, przyszedł drugi zawał, którego Krzyś nie przeżył. Z pogrzebu pamiętam tylko rozmowę z Markiem po konsolacji. – Mamo, wiem, że to nie najlepsza chwila, ale jestem pod ścianą. Potrzebuję dwudziestu tysięcy… – Oszalałeś? – głos Reni wibrował wzburzeniem. – Wynoś się, jeśli nie potrafisz się zachować. Wybuchła kłótnia, między siostrą a bratem, jego żoną a partnerką córki. Nie byłam w stanie zareagować. Dopiero gdy Teresa zaczęła wyzywać przeciwniczki od brudnych lesb, a Marek krzyczał, że wstydzi się siostry, poczułam oburzenie. Pierwszy raz w życiu zalała mnie złość i gorycz w najczystszej postaci. Wyrzuciłam syna i synową z domu. – To pogrzeb twojego ojca – płakałam. – A jak ty się zachowujesz? Jak możesz! Dostałeś już wszystko, co mogliśmy ci dać. To co zostało, ma mnie zapewnić spokojną starość. Uszanuj to. Kto sieje wiatr, zbiera burzę Nie widziałam syna przez następne pięć lat. Bolało mnie to. Myślałam, że przyjdzie, przeprosi. Zdecydowałam nawet, że dam mu te pieniądze. Ale nie pojawił się. Słyszałam, że kredyty spłaca kredytami, że nie ma zamówień, bo jakość usług spadła. No cóż, jeśli człowiek tylko tworzy wielkie plany, a zapomina o pracy u podstaw, tak to się kończy. I wtedy przyszedł kolejny cios. U Reni zdiagnozowano raka piersi. Walczyłyśmy przez dwa lata. Na lekarzy i terapie wydałyśmy wszystkie jej oszczędności, Karoliny i moje. Na próżno. Renia zmarła. Jej śmierć wepchnęła mnie w jakiś upiorny stupor. Nie jadłam, nie spałam, nie myłam się. Płakałam, a potem zastygłam. Ludzie coś do mnie mówili, czegoś ode mnie chcieli. Słyszałam jakieś kłótnie i nalegania. Ale to wszystko działo się jakoś obok mnie. W głowie miałam ocean żalu i tęsknoty. Trwało to pół roku. W końcu wyszłam z tego stanu przy pomocy lekarzy z oddziału psychiatrycznego. I nagle znalazłam się w świecie z powieści Kafki. Nie miałam już domu. Mieszkanie przejął mój syn i sprzedał, by spłacić długi. Nie miałam biżuterii, z wyjątkiem obrączki i pierścionka zaręczynowego. Miałam trochę ubrań, których nie udało mu się sprzedać. Nie miałam pieniędzy na koncie, moją emeryturę pobierał syn. Ja nie miałam do niej prawa. On był moim prawnym opiekunem. – Ale jak? – patrzyłam w osłupieniu na Karolinę, która w ciągu tego pół roku postarzała się i posiwiała. – Nie udało mi się pani ochronić – powiedziała cicho. – Według prawa, jestem obcą osobą. On jest pani synem. Pani nie była w stanie się bronić. Wysyłałam pisma do sądu, policji z opiniami lekarzy, że przeżyła pani szok i trzeba dać pani czas na powrót do zdrowia. Ale nie wzięli tego pod uwagę. Nikogo nic nie obchodziło. Chcieli jak najszybciej pozbyć się sprawy. Skoro syn chce matkę ubezwłasnowolnić, a ona nie protestuje, to o co tu walczyć? Tak mi przykro, pani Alinko. Bardzo panią przepraszam – wyszeptała, a po jej policzku popłynęły łzy. W swoim życiu znałam dwie ubezwłasnowolnione osoby. Jedną był syn sąsiadki, który miał zespół Downa. Drugą osobą był schizofrenik, który kompletnie nie miał kontaktu z rzeczywistością. Nie zastanawiałam się, co oznacza ubezwłasnowolnienie. Teraz już wiem. Nie jest się panem siebie. Nie mam żadnych praw. Nie mogę pracować, brać kredytów ani głosować. Nic nie mogę, nawet nie mam prawa zdecydować, co zrobić ze swoim życiem. Karolina chciała wziąć mnie do siebie, zaopiekować się mną, ja mówiłam wszystkim, że tego właśnie chcę, ale mój opiekun prawny, czyli syn, nie zgodził się i umieścił mnie w domu opieki. – Kiedyś poprosiłem cię o pieniądze, a ty wyrzuciłaś mnie z domu – powiedział. – A potem wszystko oddałaś tej przybłędzie. Kto sieje wiatr, zbiera burzę! Gdzie popełniłam błąd? Czy naprawdę zasłużyłam na to, co mnie spotkało? Czytaj także:„Przespałam się z mężem kuzynki na ich weselu. Zrobiłam to z premedytacją, chciałam uszczknąć trochę tortu dla siebie”„Mąż okłamał mnie, że jest bezpłodny, a tak naprawdę sam pozbawił się płodności. Bał się, złapania na dziecko”„Wybierałam suknię ślubną, a on zabawiał się z moją matką. Nakryłam ich na gorącym uczynku w moim rodzinnym domu”
Ojciec zostawił mamę dla kochanki, kiedy miałam 13 lat. Nie tylko zostawił, ale jeszcze wyrzucił z domu. No i, oczywiście, mnie też. Jego kochanka stanowczo sprzeciwiała się temu, żebym mieszkała z nimi. Moja mama nie pracowała, ale miała dwupokojowe mieszkanie, które postanowiła wynajmować i z tego żyć. Tak więc przeprowadziłyśmy się z mamą na wieś, do babci – musiałam zmienić szkołę, zapomnieć o moich kolegach. Mamie bardzo trudno było pogodzić się ze zdradą i zaczęła pić. Najpierw to było trochę wina wieczorami, a potem porcje alkoholu były coraz większe. Babcia starała się jakoś jej pomóc, ale wszystkie jej próby spełzły na niczym. Zwłaszcza, że mama była na babcię obrażona za to, że jej syn jest zdrajcą. Dobrze, że babcia stanęła po naszej stronie w całym tym konflikcie – miała na pieńku z moim ojcem, bo uważała go za nieodpowiedzialnego, samolubnego i bezczelnego. Pięć lat później, kiedy już byłam na studiach, alkoholizm mojej mamy doprowadził do strasznej tragedii – w domu wybuchł pożar, a mama i babcia zginęły na miejscu. Byłam wtedy w mieście. Zostałam zupełnie sama. Jedyne, co miałam, to mieszkanie, w którym postanowiłam zamieszkać. Kiedy o tragedii dowiedział się ojciec, postanowił przyjść do mnie i porozmawiać. Myślałam, że chce odbudować naszą relację, ale nie – zaproponował, żebym sprzedała mieszkanie i podzieliła się z nim pieniędzmi. Myślał, że ma prawo do tego mieszkania, ale nie – po rozwodzie należało tylko do mamy. Nie ma więc o co tutaj zabiegać. Kiedy mu to powiedziałam, nie był po prostu zły – zaczął krzyczeć, a nawet połamał krzesło i rzucił je na ziemię. Wyrzuciłam go za drzwi. Po kilku latach udało mi się otworzyć własny biznes – sklep z damską odzieżą. Sprzedałam mieszkanie i kupiłam dom – miałam trochę oszczędności i wzięłam niewielki kredyt. Dom był pod miastem – duży, przestronny, nowoczesny, z pięknym podwórkiem. Wtedy ojciec zjawił się ponownie. Uznał, że powinnam mu płacić alimenty – stracił pracę ze względu na zły stan zdrowia i miał bardzo niską rentę. Jego żona poradziła mu, żeby poprosił mnie o pomoc – jestem zobowiązana do tego, żeby pomóc ojcu. I tym razem odparłam jego roszczenia – po rozwodzie z mamą nie płacił na mnie alimentów i odmówił pomocy, więc – nic mu nie jestem winna i bardzo łatwo udowodnię to w sądzie. I znowu, zanim sobie poszedł, wylał na mnie całą falę krytyki, krzyków i przekleństw. Poważnie? Czy ja mu jestem coś winna?
"Kartki z pamiętnika matki" to cykl który powstał dla mam i ojców, którzy wirują w tornadach swoich dramatów, dla nas - mam i ojców którzy krzyczą bezgłośnie. Chociaż wiem, że nie jestem sama, że takich rodziców jak ja są setki, mam świadomość, że bardzo trudno podzielić się swoim problemem i wstydem jaki mu towarzyszy. Dlatego kiedy otrzymałam mail zatytułowany "Matka narkomana", zanim w ogóle go przeczytałam, wzięłam głęboki historieWiedziałam, że w tej historii znajdę fragment własnej. Nie myliłam się. Nie potrafiłam powstrzymać napływających do oczu łez, przy każdym kolejnym czytanym zdaniu. Poczułam się tak jakby Agnieszka, autorka listu, otworzyła mi szeroko drzwi i zaprosiła do swojego domu. Choć nasze opowieści są podobne, różnią się, jak ona sama powiedziała, milionami detali. Sytuacją w domu, przeżywanymi emocjami, wsparciem bliskich lub jego brakiem. Jesteśmy inne, ale obie nosimy nasz bagaż, wypchany po brzegi bólem, lękiem, niepewnością, złością i bezsilnością. ListTuż po lekturze napisałam do Agnieszki i poprosiłam o możliwość podzielenia się jej historią na łamach cyklu. Dlaczego? Wiem, że tworząc społeczność, mamy dużo większe szanse na to by pomóc sobie wzajemnie. Każda kolejna matka, czy ojciec, którzy chcą mówić o problemie, jakim jest uzależnienie od narkotyków wśród młodzieży, przyczynią się do tego, że coraz więcej osób zrozumie i nauczy się pomagać. Jeśli inni rodzice usłyszą nasz wspólny głos, może zastanowią się zanim wydadzą wyrok, zanim dokonają oceny, może zauważą, że w ich domach jest dziecko, które potrzebuje więcej uwagi, zrozumienia, miłości, albo wyraźnych granic? Może dzięki temu uratujemy nasze i ich dzieci? Dzień dobry, mam na imię Agnieszka i jestem matką narkomana. Syn ma 19 lat, jest uzależniony od marihuany. W dorosłe życie wszedł z wyrokiem za posiadanie i handel narkotykami. Wszystko zaczęło się gdy miał 14 lat. Wtedy na świat przyszedł jego niepełnosprawny brat. Nasz świat się zmienił. Nie bardzo miałam dla niego czas, wydawało mi się, że jest "duży i zrozumie", teraz wiem, że tak to nie działa... Znalazł sobie "rodzinę", która czas dla niego miała zawsze. Koledzy stali się najważniejsi i tak jest niestety do dziś. Dwa lata temu uciekł z domu. Wybrał moment, gdy z młodszym synem byłam na turnusie rehabilitacyjnym... Nie było go dwa miesiące. Kiedy skończył 17 lat został aresztowany po próbie napaści na mnie, znaleźli przy nim sporą ilość narkotyków. Trafił do aresztu. Wybuchła pandemia, został zwolniony do domu, czekał na wyrok. W lipcu 2020 został skazany na rok w zawieszeniu na dwa lata, obowiązek terapii i nauki w szkole. Niestety nie wyciągnął żadnych wniosków z tej lekcji. W marcu zeszłego roku wyrzuciłam go z domu. Nie dawałam już rady. Mój mąż (jego ojczym) bardzo mnie wspierał i razem walczyliśmy o to, by zgodził się na leczenie zamknięte. Stąd też ten drastyczny krok - wyrzuciliśmy go z domuby sięgnął dna. Niestety nie powiodło się, przygarnęli go dziadkowie, bo przecież tak się nie robi... Co ze mnie za rodzic, że wyrzucam własne dziecko? Bardzo szybko przekonali się z kim mają do czynienia, niestety nie chcieli tego pokazać i udawali że wszystko jest dobrze, że mu pomogli i on wychodzi na prostą... Do momentu, gdy naćpani koledzy wpadli do nich do domu z młotkami i zaczęli ich straszyć że ich zabiją, ponieważ mój syn, którego bardzo wtedy pobili, jest im winny pieniądze. To był moment gdy on wydawałoby się zrozumiał. Załatwił sobie pracę za granicą. (...) Niestety pół roku później wrócił do Polski , do znajomych i używek... Serce pęka, matka w głębi zawsze wierzy w swoje dziecko... Pozdrawiam serdecznie Agnieszka."W tym liście jest żal, złość, jest poczucie winy i wdzięczność, jest też wciąż tląca się nadzieja. Znam każdą z tych emocji, dlatego "przytuliłam" Agnieszkę i obiecałam sobie, że zgromadzę matki i ojców, których życiem rządzi nałóg ich dziecka, że znajdziemy razem sposób na zło. Przecież dobro zawsze zwycięża, szczególnie kiedy stanie się całą armią. Mam na imię Patrycja, jestem częścią internetowej redakcji Dzień Dobry TVN. Mój syn jest uzależniony od marihuany, ma za sobą kilka prób samobójczych. Cykl "Kartki z pamiętnika" powstał dla was i dla mnie. Przeczytacie tu historię moją i mojego syna. Historię kobiety i matki wyjątkowego nastolatka. Chcę, aby była to nasza wspólna droga do domu pełnego miłości i spokoju. Ufam, że tę drogę znajdziemy razem, dzięki doświadczeniom, rozmowom i spotkaniom ze specjalistami, lekarzami i terapeutami, które codziennie będę opisywała na kartkach tego pamiętnika, z ciepłą myślą o was. Jeśli jesteś w podobnej sytuacji i chcesz o tym porozmawiać, opowiedzieć nam swoją historię - napisz do mnie na adres redakcji: ddtvnonline@ serwisem kobiecym i tworzymy dla Was treści związane ze stylem życia. Pamiętamy jednak o sytuacji w Ukrainie. Chcesz pomóc? Sprawdź, co możesz zrobić. Pomoc. Informacje. także:Autor:Patrycja SibilskaŹródło zdjęcia głównego: yacobchuk/Getty Images
Syn od 12 lat jest z Karoliną i ma z nią Pysia, od jakiegoś czasu na boku ma inna, ta go rzuciła, a on kocha niby oby dwie, jest to koszmar dla mnie, szantażuje Karolę, aby błagała tamtą aby go nie zostawiała, nic z tego nie kumam, bo jak jestem z Karoliną to ona mówi mi, że ona go kocha i nie chce robić wojny bo 12 lat chyba coś znaczy, a ja po prostu nie wiem co mam robić, jak się dowiedziałam to z niemocy wrzeszczałam na syna i jeszcze trochę wywaliłabym go z domu, proszę poradzić co robić Mola
fot. Fotolia Dobrze wiedziałam, że Adrian ma dziewczynę. Sam mi się do tego przyznał. Nie mam zwyczaju budować swojego szczęścia na cudzym nieszczęściu, więc chociaż bardzo mi się spodobał, obiecałam sobie, że będę się trzymać od niego z daleka. Ale serce nie sługa. Kiedy któregoś dnia zadzwonił i zaproponował spotkanie, nie wahałam się ani chwili. Umówiliśmy się na jedną randkę, potem drugą i trzecią. Po czwartej uznaliśmy, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Adrian nie od razu zerwał z tamtą dziewczyną Dla mnie było oczywiste, że jak się zaczyna nowy związek, to trzeba zakończyć stary. Ale dla mojego ukochanego – już nie do końca. – Monika jest bardzo wrażliwa. Boję się, że jak odejdę tak po prostu, z dnia na dzień, to wpadnie w depresję i nałyka się jakichś prochów – tłumaczył. – Co chcesz przez to powiedzieć? Do końca życia zamierzasz działać na dwa fronty? – zdenerwowałam się. – No pewnie, że nie. Ale muszę ją delikatnie przygotować do zerwania, spokojnie wytłumaczyć, że między nami koniec, a potem… pocieszyć ją jakoś. Nie mogę tak nagle przestać się z nią widywać. Chyba to rozumiesz, prawda? – dopytywał się. – W porządku, ale mam nadzieję, że to będą tylko przyjacielskie spotkania – odparłam, Nie podobała mi się ta cała sytuacja, lecz obawiałam się, że jeśli się postawię, to mój ukochany pomyśli, że mu nie ufam, i wróci do tamtej. Wtedy jeszcze nie byłam pewna jego uczuć. Musiałam tolerować ich spotkania, choć trzeba przyznać, że Adrian nie przesadzał z pocieszaniem Moniki. Nie gnał do niej po każdym telefonie, mimo że potrafiła wydzwaniać po kilka razy dziennie. Spotykał się z nią najwyżej raz w tygodniu. I zawsze mnie uprzedzał, że do niej jedzie. Teoretycznie więc nie miałam powodów do zazdrości… Ale oczywiście byłam zazdrosna. I to coraz bardziej. Żadna dziewczyna chyba nie lubi, gdy nad związkiem krąży widmo byłej. Zaciskałam jednak zęby i robiłam dobrą minę do złej gry. Liczyłam na to, że te wizyty wkrótce się skończą. Tymczasem minął miesiąc, potem drugi i trzeci – i nic się w tej kwestii nie zmieniało. Powoli traciłam cierpliwość. Obiecałam sobie, że przy najbliższej nadarzającej się okazji postawię Adrianowi ultimatum: albo ona, albo ja. Okazja trafiła się pół roku później Rodzice uznali, że jestem już wystarczająco samodzielna, żeby opuścić rodzinny dom. I podarowali mi mieszkanie, które odziedziczyli po babci. Byłam zachwycona. Spakowałam swoje rzeczy i natychmiast się tam przeprowadziłam. Adrian oczywiście chciał zamieszkać ze mną. – Możesz się wprowadzić choćby jutro. Ale pod jednym warunkiem: przestaniesz się widywać z Moniką. Miała już mnóstwo czasu, żeby otrząsnąć się po waszym rozstaniu – powiedziałam. – W porządku, kochanie, skończę to. I tak długo byłaś cierpliwa. Jestem ci za to bardzo wdzięczny – odparł. Odetchnęłam z ulgą. Miałam nadzieję, że Monika należy już do przeszłości i nigdy więcej o niej nie usłyszę. Zamieszkaliśmy razem. To była bardzo dobra decyzja. Okazało się, że świetnie się dogadujemy i uzupełniamy. Wiele par przeżywa kryzys, gdy przychodzi im zmierzyć się z szarą rzeczywistością i problemami dnia codziennego. Kłócą się o drobiazgi, wytykają sobie wady. Ale nie my. Nasza miłość rozkwitła. Kiedy więc Adrian poprosił mnie o rękę, zgodziłam się. Myślałam, że nic nie jest w stanie zmącić naszego szczęścia. Że tak jak zaplanowaliśmy, wiosną przyszłego roku weźmiemy ślub i będziemy żyli długo i szczęśliwie. Jednak ostatnio stało się coś co sprawiło, że zwątpiłam w naszą bajkową przyszłość. Nigdy nie zapomnę tamtego letniego popołudnia Wyszłam z pracy w znakomitym humorze, bo szef napomknął, że dostanę awans. Do tego otrzymałam wiadomość od mamy, że jakaś para wycofała rezerwację sali, którą wymarzyłam sobie na wesele, i możemy wskoczyć na jej miejsce. Właśnie miałam wsiąść do samochodu, gdy jak spod ziemi wyrosła przede mną młoda dziewczyna. Trzymała za rękę na oko dwuletniego chłopczyka. – Masz na imię Iwona, prawda? – zapytała mnie znienacka. – Tak, a o co chodzi? – zdziwiłam się. – Jestem Monika. Na pewno o mnie słyszałaś. Byłam dziewczyną Adriana, zanim rozwaliłaś nasz związek – powiedziała, a ja zamarłam na chwilę, ale szybko się opanowałam. – Czego chcesz? – warknęłam – Podobno planujecie z Adrianem ślub… – zaczęła. – Owszem, ale tobie nic do tego – przerwałam jej rozeźlona. – Jasne, że nie. Ale to bardzo poważny krok, na całe życie. A ty chyba nie wiesz wszystkiego o swoim narzeczonym… – zawiesiła głos – Na przykład czego? – A tego, że ma dziecko. To jest Piotruś, jego syn – wypaliła, wskazując na chłopczyka stojącego obok. – Nie żartuj sobie – prychnęłam. – To wcale nie żart. Zobacz, tu jest akt urodzenia Piotrusia, z nazwiskiem Adriana… I oświadczenie, że będzie płacił na niego alimenty. Co miesiąc przelewa mi na konto pieniądze – wcisnęła mi do ręki dokumenty, a ja poczułam, jak oblewa mnie fala gorąca. – Po co mi to pokazujesz? – Dla twojego dobra. Żebyś wiedziała, na czym stoisz. Adrian jest wprost zakochany w synku. Regularnie go odwiedza, bawi się z nim, czyta mu bajki… – zaczęła wyliczać. – No i bardzo dobrze – przerwałam jej. – To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że Adrian jest wspaniałym, odpowiedzialnym człowiekiem i powinnam za niego wyjść. Inni faceci uciekają przed nieślubnymi dziećmi. – Skoro tak, to życzę szczęścia – uśmiechnęła się dziwnie. – Nie dziękuję, żeby nie zapeszać – odparłam i nie czekając, aż się odezwie, wsiadłam do samochodu i ruszyłam z piskiem opon. Już nie uważałam Adriana za wspaniałego człowieka Gdyby w tamtej chwili stał obok mnie, pewnie bym go zamordowała. Powiedziałam tak, bo nie chciałam, żeby jego była dziewczyna zobaczyła, w jak wielki szok wprawiła mnie ta wiadomość. Ależ miałaby satysfakcję… A ja jakoś nie wierzyłam w jej szczere intencje. Czułam, że chce nas poróżnić i odzyskać byłego chłopaka. Nie ujechałam daleko. Byłam tak wściekła i roztrzęsiona, że nie potrafiłam skupić się na prowadzeniu samochodu. Zaparkowałam kilka ulic dalej i zadzwoniłam do Adriana. – Ty pieprzony oszuście, nienawidzę cię – wydarłam się na niego. – O co ci chodzi? – przeraził się moim wybuchem. – O co? O twoje dziecko. Słodziutkiego i ślicznego Piotrusia, którego ponoć kochasz nad życie – krzyczałam. Po drugiej stronie słuchawki zapanowała długa cisza. – Już wiesz? – usłyszałam wreszcie. – Owszem. Twoja Monisia mi go przed chwilą przedstawiła. – Miałem ci powiedzieć – westchnął. – Kiedy? Jeszcze przed ślubem czy dopiero po nim? A może nigdy? – nie odpuszczałam. – Chciałeś mnie oszukać, to podłe, to… – Słuchaj, to nie jest rozmowa na telefon – przerwał mi. – Jak wrócę do domu, wszystko ci wyjaśnię. – Tu nie ma co wyjaśniać. A do domu możesz przyjść. Zapraszam. Ale tylko po to, by spakować swoje rzeczy. Nie zamierzam z tobą rozmawiać – rzuciłam i rozłączyłam się. Adrian przyjechał do mojego mieszkania bardzo późno. Może bał się stanąć ze mną twarzą w twarz, zanim trochę ochłonę, a może najpierw pojechał do Moniki „podziękować” jej za to, co zrobiła. W każdym razie miałam kilka godzin, żeby się nieco uspokoić i przemyśleć pewne sprawy. Nadal byłam na niego wściekła, ale postanowiłam go wysłuchać. Uznałam, że to mu się ode mnie należy. Byłam z nim przecież taka szczęśliwa! Przyszedł skruszony, z wielkim bukietem kwiatów Kajał się, przepraszał. Tłumaczył, że dziecko zostało poczęte tuż przed tym, jak się poznaliśmy; że mnie nie zdradził. A nie powiedział mi o jego istnieniu, bo bał się, że go rzucę. – Kocham cię nad życie. Ale jeśli nie jesteś mi w stanie wybaczyć, to odejdę – powiedział na koniec. Od tamtej pory minęły dwa miesiące. Adrian mieszka u swojej mamy, bo jednak kazałam mu się wyprowadzić. Mimo przeprosin czułam się tak zraniona, że nie mogłam na niego patrzeć. Nawet ślub odwołałam. Ale im dłużej go przy mnie nie ma, tym częściej łapię się na tym, że bardzo za nim tęsknię. Chciałabym, żeby tak jak dawniej wziął mnie w ramiona, pocałował. Od jego mamy wiem, że ciągle ma nadzieję na wybaczenie. Może więc jednak powinnam zadzwonić i powiedzieć, żeby wrócił…? Tylko co będzie dalej? Czy kiedyś wybaczę mu to, że mnie oszukał? I zaakceptuję istnienie jego dziecka? Przecież nie mogę zabronić mu kontaktów z synem. To byłoby nieludzkie… Czytaj także:„Moja siostra znalazła miłość, ja nie. Nakłamałam jej, że narzeczony ją zdradza, bo zjadała mnie zazdrość”„W ciąży z przerażeniem patrzyłam na każdy dodatkowy kilogram. Prawie poroniłam, bo wymiotowałam po każdym posiłku”„Dla żony praca jest ważniejsza niż córka i ja. W naszym domu nie było miłości - póki nie zatrudniliśmy opiekunki”
wyrzuciłam syna z domu