Nastolatka dołączyła do Warszawskich Kurantów jako wokalistka i flecistka. W 1971 roku zespół zmienił nazwę na 2 plus 1 i zrobił furorę na polskiej scenie muzycznej. Do dziś ich utwory, jak "Chodź, pomaluj mój świat", "Windą do nieba" czy "Iść w stronę słońca", cieszą się niesłabnącą popularnością i bywają nawet Posłuchaj w serwisach cyfrowych: https://PolskieNagrania.lnk.to/ZyjMojSwiecie „Dzięcioł i dziewczyna”Muzyka: Adam SławińskiSłowa: Konstanty Ildefons Maryla Rodowicz w ognistym lateksie. ze sceny po wykonaniu na żywo hitów Ev'ry Night i Windą do nieba. Dopiero po latach ikona wczesnych lat dwutysięcznych wyznała, że komuś wówczas Słuchaj piosenki wykonawcy 2+1 pod tytułem: „Windą do nieba”. Śpiewa użytkownik martusia594. Maryla Rodowicz. lukaszmajewicz. Od dziś - Paulla Maryla Rodowicz od ponad pół wieku nie przestaje zaskakiwać. Podczas biograficzno-muzycznej podróży przez życie artystki widzowie poznają kulisy jej kariery, wzruszą się opowieściami o wielkich namiętnościach, w tym między innymi o miłości do Daniela Olbrychskiego i Krzysztofa Jasińskiego. W dokumencie „Maryla. Maryla Rodowicz begann ihre Karriere als Pop- und Rocksängerin Mitte der 1960er Jahre in der Volksrepublik Polen. Seit ihren ersten großen Hits Ende der 60er . Dzisiejsi studenci lubią nie tylko hip-hop i techno. Oto bowiem w sobotę 21 maja podczas Juwenaliów Krakoskich wystąpi na Miasteczku Studenckim AGH niekoronowana królowa polskiej piosenki – Maryla Rodowicz. FLESZ - Finlandia chce wstąpić do NATO Pochodzi z rodziny wschodnich repatriantów, którzy przybyli na Ziemie Zachodnie z Wilna. Wychowywała się w domu pełnym muzyki – mama i babcia lubiły śpiewać dawne piosenki. Dlatego już jako dziecko chodziła na naukę tańca i do szkoły muzycznej. Kiedy przyszło jednak do wyboru studiów po maturze, wygrały jej sportowe fascynacje i dostała się na warszawską Akademię Wychowania Fizycznego. Początkowo z powodzeniem trenowała bieg przez płotki, ale w pewnym momencie kontuzja uniemożliwiła jej dalsze występy w zawodach. Wtedy wróciła do swej drugiej pasji – muzyki. Początkowo występowała z różnymi zespołami big-bitowymi, aż w końcu postanowiła śpiewać solo z gitarą. Wzorem stała się dla niej hipisowska piosenkarka folkowa – Joan Baez, która wypłynęła w USA na fali protestów przeciw wojnie w Wietnamie. Maryla przygotowała własny repertuar i pojechała w 1967 roku na Studencki Festiwal Piosenki w Krakowie. Jego wygrana sprawiła, że uwierzyła w swoje śpiewanie. Potwierdzeniem tego okazało się jej zaproszenie na festiwal w Opolu. Sukcesy te sprawiły, że młoda wokalistka poznała dwie cenione autorki tekstów – Agnieszkę Osiecką i Katarzynę Goertner. To z nimi stworzyła takie hity, jak „Małgośka”, „Wsiąść do pociągu” czy „Sing-sing”. - Za czasów Peerelu byłam beztroska - i tak też podchodziłam do swojej kariery. Kiedy pojawiła się propozycja rozpoczęcia kariery w Anglii, odrzuciłam ją, bo narzeczony się sprzeciwiał, ponieważ bał się, że nie wrócę. Kiedy zaproszono mnie na Festiwal Młodzieży i Studentów na Kubie, zgodziłam się i zawołałam „Ahoj, przygodo!”. Kiedy zaproszono mnie na oficjalne dożynki w Warszawie albo na Barbórkę w Spodku, jechałam, w ogóle nie myślałam, że to jakieś imprezy państwowe i będą na nich różni oficjele – mówi nam piosenkarka. Kiedy w 1980 roku rozpoczął się karnawał „Solidarności”, Maryla została uznana za relikt Peerelu. Młodzież słuchała wówczas rockowej muzyki – i wokalistka została odstawiona na boczny tor. Przez jakiś czas mieszkała wtedy w Krakowie, ponieważ związała się z dyrektorem Teatru STU – Krzysztofem Jasińskim – i urodziła mu dwójkę dzieci. Dopiero w drugiej połowie dekady wylansowała przeboje „Niech żyje bal” i „Polska madonna”. W latach 90. wpadła na pomysł i stworzyła program „Marysia biesiadna” z nowymi wersjami słynnych polskich piosenek weselnych i imprezowych. To pomogło jej przetrwać kolejny przełom polityczny w kraju. Z czasem zapomniano jej flirt z komunistyczną władzą i nawet obsypano państwowymi odznaczeniami za zasługi dla polskiej kultury. Z powodzeniem nagrywa i występuje do dziś, choć nowych przebojów na miarę „Małgośki” czy „Niech żyje bal” nie udało się jej już wylansować. - Nie tęsknię za dawnymi latami. Życie idzie do przodu, nie ma się co oglądać za siebie i rozpamiętywać przeszłość. Debiutowałam w zupełnie innej rzeczywistości, potem inna rzeczywistość była w latach 80. i 90., inna jest też teraz. Trzeba żyć dniem dzisiejszym i nie żałować tego, co minęło – deklaruje. Wyjątkowe i bardzo tanie domy do remontu wystawione na sprzedaż w Małopolsce!Ogrody Sióstr Klarysek. Zobaczcie sami, jak tam pięknie ZDJĘCIAMasny Ben w klubie Energy2000, czyli grube balety w przytkowickiej dyskotece Licytacje komornicze w czerwcu. Domy i mieszkania nawet za połowę cenyTrasa Łagiewnicka wygląda na gotową. Kiedy pojedziemy nową drogą?Oto najbardziej nieokiełznany park kieszonkowy w Krakowie. Królują w nim... chwasty!Polecane ofertyMateriały promocyjne partnera Zwiedzanie przepompowni ścieków na Garbarach. Przejdź do kolejnego zdjęcia --->Martyna KamzolW ramach akcji Zabytek Otwarty została otwarta zabytkowa przepompownia ścieków na Garbarach w Poznaniu. Odwiedzający mogli poznać wnętrza i historię wyjątkowego budynku. Zobaczcie zdjęcia. W sobotę, 23 lipca otwarto dla zwiedzających starą przepompownię ścieków przy ulicy przepompownia ściekówPrzepompownia, jak piszą inicjatorzy wydarzenia, jest obiektem nietypowym w okolicy, bo zazwyczaj tego typu budynki tworzono w miejscach oddalonych od miasta. Poznańska przepompownia jest zaś perłą architektury sanitarnej, która powstała na przełomie XIX i XX wieku i miała zaspokoić potrzeby rozwijającego się nastolatki w Poznaniu. Przyczyną był zatarg o e-papierosa?Zobacz zdjęcia ze zwiedzania zabytkowej przepompowni:Jesteś świadkiem ciekawego wydarzenia? Skontaktuj się z nami! Wyślij informację, zdjęcia lub film na adres: [email protected]Polecane ofertyMateriały promocyjne partnera Festiwal w Sopocie 1978 i Interwizja Krzysztof Krawczyk (+74 l.) uchodził za faworyta konkursu Interwizja, czyli konkurencji dla zachodniej Eurowizji. Mimo że, jego utwór "Jak minął dzień" szalenie spodobał się publiczności, piosenka przepadła. Nastąpiło to na życzenie szefa Radiokomitetu Macieja Szczepańskiego (+87 l.). Utwór zniknął z radia i telewizji. W finale Polskę reprezentowała Lidia Stanisławska (67 l.) z piosenką "Gwiazda nad Tobą", zdobywając trzecie miejsce. Wygrała wówczas Ałła Pugaczowa (72 l.) z Rosji z piosenką "Wsio mogut koroli". Drugą lokatę zajął czechosłowacki piosenkarz Václav Neckář (78 l.). W konkursie wytwórni fonograficznych, „Grand Prix du Disque” przypadło belgijskiej grupie Dream Express za utwór "Just Wanna Dance with You". Drugi był zespół "Dwa plus jeden" z przebojem "Windą do nieba", a Zbigniew Wodecki (+67 l.) siódmy z piosenką "Izolda". Polsce tylko raz udało się wygrać Interwizję, która odbywała się w latach 1977-1980. W Operze Leśnej triumfował Czesław Niemen w 1979 roku, który wykonał utwór "Nim przyjdzie wiosna". Podczas tej edycji festiwalu doszło do największego skandalu. Ówczesną gwiazda Sopotu był zespół Boney M., który wykonałz zakazaną w Polsce piosenką "Rasputin". TVP nadała ten występ z jednodniowym poślizgiem, wycinając kontrowersyjną i godzącą w sojusz z ZSRR piosenkę. Demis Roussos porwał wtedy także do tańca Irenę Dziedzic (+93 l.), która współprowadziła festiwal razem z Jackiem Bromskim (75 l.). Rok póżniej na festiwalu w Sopocie Grand Prix du Disque otrzymał zespół Vox za "Bananowy song". * piosenka "Jak minął dzień" to utwór, do którego słowa napisał Jerzy Kleyny (+72 l.), a muzykę skomponował Wojciech Trzciński (72 l.). Przebój Krzysztofa Krawczyka podczas festiwalu w Opolu w 1978 roku zdobył III nagrodę za aranżację. Wielka tragedia Dagmary Kaźmierskiej. Wypadek odebrał jej pełną sprawność, silny ból! "Czuję się wybrakowana" Historia festiwalu w Sopocie Festiwal w Sopocie, który obecnie pokazywany jest przez telewizję Polsat w latach 1961 - 2004 pokazywany był w Telewizji Polskiej. Potem w okresie 2005 - 2009 imprezę pokazywał TVN. Początkowo festiwal rozbity był na dzień polski i dzień międzynarodowy. Pierwszą polską triumfatorką była Irena Santor (87 l.) z piosenką "Embarras". Zagraniczny konurs wygrał natomiast Jo Roland ze Szwajcarii. W 1962 roku reprezentanci Polski zostali włączeni do międzynarodowego konkursu. Niestety Violetta Villas (+73 l.), Sława Przybylska (89 l.), Irena Santor, Hanna Rek-Wyrobek (+85 l.) i Jerzy Połomski (88 l.) nie zawojowali Opery Leśnej. Wygrała Greczynka Yovanna z piosenką„Vole mon reve”. Wielkie rozczarowanie Polacy przeżyli w 1973 roku Stan Borys z hitem „Jaskółka uwięziona” był dopiero 5., a Maryla Rodowicz z "Małgośką"... 16. W 1986 roku Bajm z piosenką "Dwa serca, dwa smutki" był dopiero na 11. miejscu. A dwa lata póżniej Obywatel (Grzegorz Ciechowski, +44 l.) z utworem "Tak, tak, to ja" zajął 5. lokatę. Grzegorz Ciechowski. Romanse, nagła śmierć i konflikt o testament. Tak wygląda grób lidera Republiki Ciekawostki Od 1964 roku festiwal w Sopocie odbywa się w Operze Leśnej znajdującej się na skraju Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego w kompleksie leśnym Lasów Oliwskich. Amfiteatr mieści się na powierzchni 4 hektarów. Został zbudowany w 1909 roku i może pomieścić 5579 widzów. Pomysłodawcą obiektu był niemiecki burmistrz Sopotu Max Woldmann (+51 l.). Scena ma 430 metrów kwadratowych oraz orkiestron, który jest w stanie pomieścić ponad 100 osobową orkiestrę. W czasie II wojny światowej odbywały się tutaj zloty Hitlerjugend. W latach 2010-2012 Opera Leśna przeszła gruntowną modernizację. Obecnie dzięki zadaszeniu amfiteatr w sezonie ziomowym może zamienić się w salę koncertową mieszczącą 300-osobową widownię. Pomysłodawcą festiwalu w Sopocie był słynny kompozytor Władysław Szpilman (+88 l.), który podawał także punktacje w konkursach. Przez pierwsze trzy lata impreza odbywała się w hali Stoczni Gdańskiej. Pierwszymi konferansjerami byli Irena Dziedzic (+93 l.), Zofia Słaboszowska (+70 l.) i Lucjan Kydryński (+76 l.). Głownym dyrygentem festiwalu był zazwyczas Stefan Rachoń (+95 l.), a za reżyserię odpowiadali Jan Kulczycki (+83 l.) i Jerzy Gruza (+87 l.). Festiwal w Sopocie w okresie PRL najwięcej razy wygrywali gospodarze - 8. Na dalszych miejscach: Związek Radziecki - 6, Stany Zjednoczone - 4, Czechosłowacja - 4 oraz Grecja i Wielka Brytania - po 3 wygrane. W czasie konkursu Interwizji, która odbywała się w latach 1977-1980, Nagrodą Publiczności był jacht pełnomorski. Polskie zwycięstwa 1967 - Dana Lerska (+71 l.) "Po prostu jestem"1968 - Urszula Sipińska (74 l.) "Po ten kwiat czerwony”1972 - Andrzej Dąbrowski (83 l.) "Do zakochania jeden krok"1984 - Krystyna Giżowska (67 l.) „Blue Box” Drugie miejsce 1975 - Anna Jantar (29 l.) "Staruszek świat"1989 - Mieczysław Szcześniak (57 l.) "Who Loves People" Trzecie miejsce 1964 - Anna German (+46 l.) "Tańczące Eurydyki"1966 - Irena Santor "Powrócisz tu"1970 - Maryla Rodowicz (76 l.) "Jadą wozy kolorowe"1971 - Zdzisława Sośnicka (76 l.) "Dom, który mam"1974 - Dwa plus jeden "Kołysanka matki"1987 - Joanna Zagdańska (50 l.) "W pierwszych słowach tego listu" Kartka z kalendarza - 1978 Średnia płaca wynosi 4384 zł V Festiwal Polskich Filmów Fabularnych Gdańsku wygrywają ex aequo filmy "Pasja" i "Bez znieczulenia" XVI Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu. W konkursie Debiutów triumfuje zespół Bajm piosenką "Piechotą do lata". Na scenie pojawia się także po raz pierwszy Urszula Kasprzak (61 l.). Koncert Premier wygrywa Krzysztof Krawczyk z utworem "Pogrążona we śnie – Natalia". Nagrodę dziennikarzy otrzymał natomiast Rudi Schuberth (68 l.) z zespołu Wały Jagiellońskie za piosenkę "Wars wita". - pierwszy odcinek serialu "Noce i dnie" - podwyżka ceny benzyny średnio o 2 zł na litrze - Mirosław Hermaszewski (80 l.) pierwszym Polakiem w kosmosie - podwyższenia cen skupu mleka średnio 50 groszy na litrze - pierwszy odcinek serialu "Lalka" - wybór Karola Wojtyły (+84 l.) na papieża Jana Pawła II. Tego samego dnia Wanda Rutkiewicz (+49 l.) jako pierwsza Europejka zdobyła Mount Everest - premiera filmu "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?" - początek zimy stulecia Urodzili się w 1978 Magdalena Mielcarz, modelka i aktorka Marta "Mandaryna" Wiśniewska, piosenkarka, była żona Michała Wiśniewskiego Sylwia Gliwa, aktorka Magdalena Różczka, aktorka Borys Szyc, aktor Joanna Liszowska, aktorka Magdalena Boczarska, aktorka Anna Powierza, aktorka Michał Piela, aktor Anna Przybylska (+35 l.), aktorka Zmarli w 1978 Stanisław Dygat (+63 l.), pisarz, mąż aktorki Kaliny Jędrusik (+61 l.) Wiesław Dymny (+37 l.), aktor i satyryk, mąż Anny Dymnej (70 l.) Aleksander Kamiński (+75 l.), pisarz, autor "Kamieni na szaniec" Jan Parandowski (+83 l.), pisarz, autor "Mitologii" Tadeusz Fijewski (+67 l.), aktor Mieczysław Pawlikowski (+58 l.), aktor Skromny grób aktora "Znachora". Napis na mogile jest prawie niezauważalny (Nie)zapomniani [WIDEO] Za tydzień w rubryce "Wspomnień czar" wakacje w PRL. Przypomnimy je w kontekście roku 1971 i serialu "Podróż za jeden uśmiech". Tak wygląda grób Krzysztofa Krawczyka trzy dni po pogrzebie ZOBACZ TEŻ: Tu sztuka łączy się z naturą. Poznaj zamki Trentino, górskie galerie i "Dźwięki Dolomitów" Po nieudanych eliminacjach 2001r. w Poznaniu i drobnym sukcesie w programie "Dozwolone od lat 40" jeszcze w kilku innych konkursach udawało mi się wygrać drobne muzyczne upominki. O melodii jednak nigdy nie zapomniałam chociaż jakoś przestałam już wierzyć, że kiedykolwiek tam wystąpię. (To co w nawiasie dopisałam gdy skończyłam już pisać post bo wcześniej nawet nie zorientowałam się, ze dziś jest właśnie 24, dziwne jest to że to właśnie dziś miałam ochotę coś napisać! Dziś mija miesiąc od śmierci babci Broni która odeszła od nas w 10-tą rocznice naszego ślubu, chociaż cały dzień mieliśmy informacje od lekarza, że stan się poprawia co pozwoliło nam na rocznicowy wypad w Bory Tucholskie nad jezioro do miejscowości Wdzydze Kiszewskie i pozwiedzanie pięknych okolic nad trzema jeziorami Gołuń, Wdzydze i Jelenie i popstrykania ślicznych zdjęć z wieży widokowej a na polu biwakowym mieliśmy spędzić noc pod namiotem i okazało się że.... zapomnieliśmy namiotu... prawie nie możliwe ale jednak, a żaden domek które oglądaliśmy nie spełniał naszych wymagań i w drodze powrotnej do Gdańska o godzinie 20 : 10 - właśnie jest ta godzina na moim komputerze i to jest przypadek czy... - dostaliśmy tą przykrą wiadomość. Jeszcze tydzień temu w niedziel grillowaliśmy z babcia i miałam takie fajne zdjęcia, które zginęły bezpowrotnie jak również te z wypadu rocznicowego bo zaraz po pogrzebie zgubiłam aparat - to chyba nie mógł być przypadek. Żal i złość jeszcze bardziej podsyciła strata tych ostatnich zdjęć z babcią!!! Cóż zostaje nam pamięć!!! ) "Koń do taktu zamiata ogonem "Mendellsohnem" stukają kopyta" Moje odwieczne marzenie o ślubie i wielkim wiejskim weselu w końcu się ziściło! Pojechałam "Windą do nieba" 24. 08. 2002r., kiedy to postanowiliśmy z Pawłem zawrzeć związek małżeński, bo w końcu od roku mieszkaliśmy w Gdańsku i mieliśmy pracę o którą tak długo walczyliśmy w naszym regionie. O naszej walce z bezrobociem mogła bym długo pisać, ale że raz już to zrobiłam w pamiętniku bezrobotnych- nie che się powtarzać, bo zajęło by to kilkanaście postów. Linki do książki można znaleźć w poście: . Za uzbierane weselne pieniądze pierwszą rzeczą jaką wiedziałam, że kupie sobie na pewno było video!!! Ach jaki teraz miałam raj!!! W końcu mogłam nagrywać na video i odtwarzać sobie odcinki melodii, do tego pilot był imitacją guzika do zatrzymywania muzyki i odgadywania tytułów. Znowu zaczęłam intensywniej przygotowywać się do eliminacji. Jednak jakoś ciągle brakowało mi ... no właśnie... już nie pieniędzy na podróż na eliminacje... ale brakowało mi odwagi i wymyślałam przeróżne powody aby jednak nie jechać na te eliminacje. Najlepsza wymówka to taka, że czekam, aż zrobią eliminacje w Gdańsku, a nie ciągle w Warszawie , Krakowie, Poznaniu... niestety w Gdańsku eliminacji ciągle nie było... Przestałam o tym myśleć. Przez 3 lata zmienialiśmy stancje w różnych miejscach w trójmieście - mieszkaliśmy w różnych dzielnicach Gdyni i Sopotu. Ja zaczęłam od pracy jako opiekunka do małej Kingi ale po ślubie gdy stwierdziliśmy, że będziemy wkrótce chcieli mieć pewnie dzieci, muszę szukać pracy na etacie. Bardzo, żal było mi się rozstać z małą Kingą, ale dostałam prace na 3/4 etatu w "Biedronce" w czasach kiedy było tam bardzo ciężko i chociaż nieraz po wielu niezapłaconych nadgodzinach szłam do pracy ze łzami w oczach zmęczona i przepracowana - nigdy nie narzekałam - bo praca była dla mnie najważniejsza! Przyszedł trudny czas dla stoczni w Gdyni w której pracował mój mąż - przestali płacić wypłaty i nikogo nie obchodziło jak utrzymasz rodzinę w mieście gdzie nikt nie poczeka na zapłatę za mieszkanie. Ja zmieniłam pracę na inną sieć tym razem był to "Lewiatan" gdzie była dużo lepsza atmosfera a pracownik był bardziej szanowany. Nie było łatwo przeżyć z jednej wypłaty i małych, nieregularnych zaliczek ze stoczni. Mąż też chętnie zmienił by prace ale stocznia skutecznie utrudniała zwolnienie się z pracy - chociaż nie wypłacała pensji. Ciągle nie mogliśmy pogodzić się z tym, że musimy mieszkać w mieście, chociaż pochodzimy ze wsi i ciągle za tą Naszą wsią niestety tęsknimy - bo czujemy, że tam jest nasze miejsce tyle, że tam nie ma pracy i jak to mówią przyszłości! Stwierdziliśmy jednak, że skoro tak bardzo tęsknimy a w mieście wcale nie jest tak różowo to jednak podejmiemy próbę powrotu. Paweł zwolniła się ze stoczni bez wypowiedzenia co skutkowało dyscyplinarką - ale 3 miesięczne wypowiedzenie nie wchodziło tu w rachubę, bo zwyczajnie nie mieli byśmy za co żyć i tak już były dni w których aby mieć na chleb musieliśmy rozpakować woreczek drobnych grosików które zebraliśmy pod kościołem w dniu ślubu, rzucanych prze gości razem z ryżem na szczęście. Po latach dowiedzieliśmy się, że w sumie mogliśmy iść do sądu pracy i wygrać jeszcze odszkodowanie od stoczni za utrudnianie zwolnienia się z pracy i niewypłacanie pensji na czas - ale kto o tym wiedział wtedy??? Chociaż z jednej strony był żal, że znowu się nie udało to jednak perspektywa kolejnego powrotu w rodzinne strony była tak kusząca, że o niczym innym nie myślałam. W rodzinnym domu mieliśmy dość miejsca aby się urządzić z powrotem. mieliśmy jeden pokoik i kuchnie. Była wiosna 2005r. Paweł w miarę szybko znalazł prace jako spawacz w Iławie. Chociaż nie płacili zbyt wiele a dojazdy do Iławy kosztowały trochę bo to było 30 km, to jednak wypłacane tygodniówki starczały na wszystko. Odetchnęliśmy po długich miesiącach borykania się z brakiem kasy w trójmieście. Ja oczywiście znowu szukałam pracy - ale praca dla kobiety w naszej gminie nadal była szczytem marzeń. Szybko darowałam sobie jeżdżenie i wydawanie pieniędzy na dojazdy w poszukiwaniu pracy - znałam to z przed lat z autopsji i wiedziałam, że to jest bez sensu. Skupiłam się na zbieraniu ziółek - i sprzedaży ich - zwłaszcza zbiór lipy był dochodowy. Tyle, że czułam jakbym cofnęła się w czasie a jednocześnie w rozwoju i wróciła do czasów mojego bezrobocia z przed lat. Matko!!! I tak ma wyglądać nasze życie na wsi! Fajnie!!?? - jest ogródek i dużo świeżego powietrza, jest rodzina i jest miło bo Pawła tygodniówki wystarczają na chleb i dobre zakupy. Tylko co ze mną. Przecież znowu zaczynam odczuwać to co kiedyś "bezsens" życia. I znowu z ratunkiem przyszła do mnie melodia... No tak może jednak czas pomyśleć o niej poważniej. Tylko co ja im tam opowiem gdy pojadę na kolejne eliminacje - przecież wiem już, że trzeba być "ciekawym" człowiekiem aby chcieli Cię pokazać w TV i nie ważne co umiesz, chociaż wiedza jest atutem ale nie jest najważniejsza. Studiów żadnych nadal nie mam, nie mam ciekawej pracy a jedyne moje podróże to te za szukaniem pracy... Nie mam nawet prawa jazy, które tu na wsi przydało by się bo aby dojechać do jakiejkolwiek pracy to na autobusy nie ma co liczyć. Tyle, że ja boje się jeździć samochodem - tak mi się przynajmniej wydaje. Jako pasażer - nie ma problemu! W końcu wile lat przejeździłam atostopem do szkół w Olsztynie i Kwidzynie. Kierowanie samochodem było dla mnie czarną magią - niemożliwą do zrozumienia i do opanowania! Przepisy to właściwie znam - uczyła się gdy przed laty Paweł zdawał na prawko i pomagałam mu to zrozumieć i się nauczyć, ale sama jazda... nie, nie dam rady!!! Jak nie dam rady?! To jak ja chcę dać radę dostać się do Jakiej To Melodii, kiedy ja tak prostej rzeczy nie potrafię zrobić jak prawo jazdy!!! Myślę sobie "-nie rób z siebie ciamajdy!!! - takich ludzi w TV nie potrzebują - musisz pokazać, że coś potrafisz osiągnąć a wtedy może i tam się uda!" Po konsultacji z mężem, czy stać nas na to abym zrobiła prawko - zapisałam się na kurs przy okazji namawiając ciocie, która od lat bała się też zrobić prawka a bardzo by jej sie przydało bo pracowała w Prabutach 10 km od Lubnowy i codziennie do pracy musiał ją wozić mąż. Jedna drugą podtrzymywała na duchu. To była jazda bez trzymanki - takich "mało kumatych" kursantek pan instruktor to chyba nie maiła od lat! Strach paraliżował wszystkie nasze ruchy i gdyby nie praca i cierpliwość mojego męża, który poświęcał nam godziny nauki po lesie i na placu manewrowym to chyba w życiu byśmy się nie nauczyły jeździć. Nasz instruktor składał właśnie papiery do Wyższej Szkoły im. Pawła Włodkowica w Płocku Filia w Iławie - bo chciał zostać egzaminatorem a bez wyższego wykształcenia nie było takich możliwości. Pomyślałam, że też taki już właściwie, "starszy człowiek" nie boi się studiować, ja tam chyba po latach przerwy od średniej szkoły nie dała bym rady w życiu, chociaż jak zrobię to prawko.... nie to za proste bo już jestem prawie na mecie- może jak dostanę się do melodii to pomyśle o studiach. (Wedle życzenia kasuje to co wydaje się komuś niebezpieczne - chociaż moim skromnym zdaniem takiego bloga nie przeczyta i raczej nie zainteresuje się nikt "zagrażający" - ale może faktycznie lepiej dmuchać na zimne -jeśli napędziłam stracha to przepraszam za zbytnią szczerość - nie umiem pisać inaczej niż jest naprawdę ale z drugiej strony gdybym miała komuś zaszkodzić nie tylko sobie a komuś innemu to wole skasować pewne zdania...więc ciach i nie ma! Pozdrawiam) Ja gdy odebrałam prawko od razu wybrałam się z Iławy do Olsztyna aby udowodnić sobie, że zasłużyłam na to prawko. Mam prawko od 6 lat i nie miałam żadnej stłuczki i żadnej kolizji - pomijając wąską bramę u kolegi Pawła i tegoroczne wycofywanie na własnym podwórku i stuknięcie w drzwi nowego samochodu kuzynki - ale to już chyba rutyna mnie zgubiła - jak mówi mój tata! Od początku jeździłam dużo - chociaż walczyłam ze sobą bo to nie było moje ulubione zajęcie - wiedziałam, że tylko doświadczenie i praktyka da mi przyjemność w jeżdżeniu! W końcu to mam - teraz mogę jechać na koniec świata! Gdy jeden cel został osiągnięty swoje kroki pokierowałam do Urzędu Pracy w Suszu, by nie tracić czasu zapisałam się na "kurs księgowości komputerowej". Komputer był dla mnie czarną magią podobnie jak jazda samochodem ale we współczesnych czasach nie ma możliwości istnienia dla kogoś kto chce coś osiągnąć, bez umiejętności obsługi komputera. Mi chodziło raczej o kurs obsługi tylko komputera, ale że w urzędzie mieli z komputerem tylko księgowość, stwierdziła, że biorę co dają! Chociaż jak się potem okazało wcale tak chętnie nie chcieli dać bo trzeba było być do tego kursu po szkole ekonomicznej a ja miała tylko ogólniak i umieć podstawy obsługi komputera a u mnie było to "zero" to i tak wywalczyłam sobie swoją "nieustępliwością" miejsce na kursie i byłam bardzo z tego dumna chociażby dlatego iż wartość kursu była dość wysoka (gdyby ktoś chciał go robić prywatnie to kosztował około 3 tyś) więc wiedziałam, że na pewno wiedza zdobyta na nim przyda mi się w przyszłości. Jednak kurs miał się zacząć dopiero w czerwcu 2006 roku. Ojej co tu teraz robić przez te właściwie pół roku. No cóż może powalczymy o melodie!!! Nagrane kasety poszły w ruch! Założyłam kolejny zeszycik z wykonawcami i tytułami piosenek, skrupulatnie od nowa je spisując. Ten sposób wydawał mi się najwłaściwszy - czym więcej wertuje zeszyt i pisze - tym więcej zapamiętuję a to jest niezbędne do trzeciej rundy, chociaż nadal wolę zapamiętywać po dźwięku - jest to dal mnie o wiele łatwiejsze. Codziennie oglądam program i czekam z niecierpliwością na informacje o eliminacjach, które mogą być tym razem obojętnie w jakim mieście, bo ja i tak wiem że na nie pojadę... chociaż koniec stycznia 2006 eliminacje w Zakopanem przerosły moje zapały ale co tam! Wiosna już niedługo a eliminacje są średnio co 3 miesiące to na pewno coś się trafi i mam pewność, że nie będzie dalej niż do Zakopanego. Początek kwietnia 2006 - eliminacje w Warszawie ! Jadę - będzie co ma być!!! Ostatnia piosenkę w konkursie "Dozwolone od lat 40-tu" wybrana do "Mojego programu na małym ekranie" była właśnie piosenka Dwa Plus Jeden "Winda do nieba" i chociaż tekst nie do końca mówi o szczęśliwej miłości to jednak piosenka zawsze kojarzyła mi się z wymarzonym wiejskim weselem z końmi i bryczką! ( prawie na końcu filmiku): "Windą do nieba"- Dwa Plus Jeden Mój piękny panie raz zobaczony w "Technicolorze" Piszę do pana ostatni list Już mi lusterko z tym pana zdjęciem też nie pomoże Pora mi dzisiaj do ślubu iść Mój piękny panie ja go nie kocham, taka jest prawda Pan główną rolę gra w każdym śnie Ale dziewczyna przez świat nie może iść całkiem sama Życie jest życiem pan przecież wie Już mi niosą suknię z welonem Już Cyganie czekają z muzyką Koń do taktu zamiata ogonem "Mendellsohnem" stukają kopyta Jeszcze ryżem sypną na szczęście Gości tłum coś fałszywie odśpiewa Złoty krążek mi wcisną na rękę i powiozą mnie windą do nieba [x3] Mój piękny panie z tego wszystkiego nie mogłam zasnąć Więc nie mógł mi się pan przyśnić dziś I tak odchodzę bez pożegnania jakby znienacka Ktoś między nami zatrzasnął drzwi Już mi niosą suknię z welonem... W piątej części cyklu przybliżającego mniej znane płyty polskich wykonawców – Maryla Rodowicz. Na przełomie lat 70. i 80. XX wieku artystka mogła sobie pozwolić na luksus grania nieco bardziej wysublimowanej muzyki. Skupić się na jakości realizacji, nie tracąc młodzieńczego ognia ani komercyjnego potencjału. Marylę Rodowicz niektórzy uważają za królową kiczu, schlebiającą biesiadnym gustom. Każdy ma prawo do własnego zdania, więc i my mamy. Nie staramy się być niczyją kancelarią adwokacką, choć kontrargumentów dla powyższych zarzutów znaleźlibyśmy całe archiwum. Nie bierzemy również na tapetę ani strojów artystki, ani udziału w masowych imprezach. Oceniamy wyłącznie wątpienia Maryla Rodowicz jest wokalistką naturalnie utalentowaną, w dodatku w pełni świadomą swojego warsztatu. To nie wzięło się znikąd. Lata pracy nad sobą również odegrały konkretną rolę. Ponadto cała oprawa, która przez lwią część kariery otaczała artystkę, stanowi bez wątpienia kawał historii polskiej muzyki. Nie tylko Agnieszka Osiecka i Seweryn Krajewski mają tutaj znaczenie. Ma je również całe zaplecze znakomitych autorów i kompozytorów oraz muzyków towarzyszących Rodowicz na jej płytach i koncertach. Ale skąd obecność artystki w cyklu „Skarby naszego nieba”, opowiadającym raczej o zjawiskach zapomnianych lub mało znanych? Zdajemy sobie sprawę, że może się to wydawać lekko naciągane. Ale też powinniśmy zauważyć, że prawie nikt nie myśli o artystce w kategoriach albumowych. Na pytanie o trzy najlepsze płyty Maryli Rodowicz większość osób w Polsce nie odpowie nic. Co innego, kiedy trzeba wymienić największe przeboje – z tym nikt nie ma problemu. „Małgośka, szkoda łez”, „Niech żyje bal” czy „Remedium”, bardziej zresztą znane jako „Wsiąść do pociągu byle jakiego” – przychodzą do głowy od warto pamiętać, że kiedyś myślano nie tylko kategoriami recitalowymi, ale również płytowymi; idea „The best of” pojawiła się dość późno. W dzisiejszym artykule cofniemy się więc do wspaniałych wydawnictw płytowych: „Wsiąść do pociągu” (1978), „Cyrk nocą”(1979) i „Święty spokój” (1982). By jednak w pełni zrozumieć ich charakter, musimy trochę pogrzebać w przeszłości. Przerwana dekadaMniej zorientowanym w historii młodym ludziom wydaje się, że PRL to PRL i nie ma większej różnicy pomiędzy rokiem 1960 a 1980. Że była to tak samo zepsuta epoka, niezależnie od tego, z której strony zawiał wiatr. Ci lepiej poinformowani wiedzą, że wraz z upływem dekad zmieniał się w Polsce charakter powietrza. Każda nowa władza przynosiła jakąś tam nadzieję, a Polska Zjednoczona Partia Robotnicza nie była monolitem. Składała się z niechętnych sobie frakcji, które dla zachowania pozorów stabilności w regionie odgrywały teatrzyk przed Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich, czekającym tuż obok na jakąkolwiek aferę po naszej stronie. Atmosfera była dziwna niemal non stop. Ale przychodziły też momenty delikatnego rozluźnienia, pozornej swobody i epoką były lata siedemdziesiąte XX wieku, czyli czas rządów PZPR pod wodzą Edwarda Gierka i Piotra Jaroszewicza. Właśnie wtedy kariera Maryli Rodowicz rozbłysła, znakomicie współgrając z iluzją ogólnie lepszego życia. Był to nie tylko czas coca-coli w sklepach, ale również firm polonijnych, większej swobody paszportowej i bardziej wysublimowanej gry z ZSRR. Gierek z jednej strony nadał order Virtuti Militari Breżniewowi (sic!), z drugiej – kombinował, czy w tajemnicy przed radzieckimi towarzyszami nie spróbować zbudować bomby atomowej i dokonać małej próby gdzieś w Bieszczadach. Dziś wspominany jest różnie. Niektóre starsze osoby zapamiętały dekadę jego rządów jako złotą; inne postrzegają ten okres jako pikowanie w kierunku nieuchronnej katastrofy. Tak czy inaczej, na początku tego okresu nastroje nieco się poprawiły. Zaczęło się robić jakoś tak bardziej „amerykańsko”, chociaż umówmy się – po „gomułkowskiej stabilizacji” nie trzeba było wiele. Właśnie w złotych latach całkiem nowej Gierkowskiej koncepcji Maryla Rodowicz śpiewała swoją słynną „Małgośkę”. Mieliśmy hit na miarę przebojów zagranicznych. Cały kraj nucił skoczną melodię i kontrastujący z nią gorzki tekst. Polska lat 1970-1976 złapała odrobinę oddechu, ale zabawa szybko się skończyła. Przyszedł kryzys, stan wojenny i rządy komunistycznych zombie, którzy przez całe lata osiemdziesiąte udawali sami przed sobą, że system przetrwa. Jednakże jeszcze u schyłku dekady ciągle czuliśmy się trochę Zachodem. Mimo trudności, mimo reglamentowania towarów wydawało się, że kryzys okaże się chwilowy. Bo skoro już było dobrze, to pewnie niedługo znów będzie. Przecież prezes telewizji, Maciej Szczepański, zaprosił na srebrne ekrany słynną Abbę. Przecież w Sopocie gościło Boney M. Przecież można było wyjechać na wczasy do Bułgarii…W takiej atmosferze Maryla Rodowicz stworzyła pierwszą z omawianych dziś płyt „Wsiąść do pociągu byle jakiego”, która w warstwie tekstowej – zamiast na dylematach politycznych – skupiała się na rozważaniach filozoficznych i intymnych. Bez aluzji, bez wojowania. Pod koniec lat 70. artystka miała za sobą pierwszy etap wielkich że zadebiutowała w roku 1967 na Festiwalu Piosenki i Piosenkarzy Studenckich w Krakowie, gdzie zdobyła pierwszą nagrodę. Trzy lata później ukazała się jej debiutancka płyta „Żyj mój świecie”, która właściwie natychmiast pokryła się złotem. Od tej pory każdy w Polsce kojarzył Marylę Rodowicz. A jeśli nawet nie kojarzył, to w 1974 „Małgośka” zrobiła dwa lata artystka wydawała nowy album. Po debiutanckim przyszło „Wyzwanie” (1972), „Rok” (1974), „Sing-sing” (1976) i wreszcie „Wsiąść do pociągu” (1978). Lata 70. były dla Rodowicz wejściem w prędkość ponaddźwiękową. Być może właśnie dlatego pod koniec dekady szukała ukojenia w dźwiękach nadal komercyjnych, ale już bardziej wyrafinowanych. „Wsiąść do pociągu” (1978)Choć Maryla Rodowicz trzymała poziom od początku kariery, to właśnie na „Wsiąść do pociągu” zaczęła osiągać wyżyny. Otwierające płytę „Remedium”, skomponowane przez Seweryna Krajewskiego do słów Magdy Czapińskiej, to pieśń na światowym poziomie. O ile basista Czerwonych Gitar zawsze miał predyspozycje do pisania rzeczy zgrabnych i ładnych, o tyle zdarzyło mu się stworzyć kilka pozycji tak unikalnych, że mogłyby się znaleźć w repertuarze największych światowych z nich jest wspomniane „Remedium” (bardziej znane jako „Wsiąść do pociągu”). Melodyjna, spokojna zwrotka i porywający, hymnowy refren. Niby niewiele, a jednak wszystko. Utwór zaczyna się w tempie 80 uderzeń na minutę, a kończy na 85. Trudno wychwycić efekt gołym uchem, ale aranżacja rzeczywiście przyśpiesza. Dzisiaj dałoby się to zrobić w komputerze. Wtedy trzeba było czujności wszystkich muzyków obecnych w też zwrócić uwagę na „Gaj”. To duet z Markiem Grechutą, który jest również jego kompozytorem. Nie była to pierwsza i jedyna współpraca Maryli Rodowicz z legendarnym artystą. Uczestniczyła na przykład w ambitnym progresywno-jazzrockowym projekcie „Szalona lokomotywa” (1977), stanowiącym zarówno spektakl, jak i album oparty na tekstach Witkacego. Pozostając przy „Gaju” – tej dynamicznej, oryginalnej wersji naprawdę przyjemnie się słucha. Później powstało mnóstwo adaptacji wspominkowych, które są tak rozlazłe, że można przysnąć. Ale niniejszy album to także wiele innych dobrych i bardzo dobrych muzyczną zdominował Jacek Mikuła. Krajewski napisał „tylko” najsłynniejszy utwór. W tekstach króluje Agnieszka Osiecka. Chwilami robi się bardzo amerykańsko („Gaśnie koral”, „Mały barek w Santa Cruz”). Pojawiają się masywne dęciaki, dynamiczna sekcja i mnóstwo wah-wah na gitarze. Całość wzbogaca dyskretne elektryczne piano. W większości utworów postawiono jednak na tradycyjne instrumentarium rockowe. Słychać też fascynację wodewilowymi harmoniami wokalnymi. Podane jest to z humorem i smakiem („Nie ma jak pompa”). Humoru nie brakuje również w tekstach. Osiecka potrafi być zarówno wzruszająca („Byłam sama, jestem sama”), jak i rozśmieszająca („Bossa nova do poduszki”). Dzięki temu na albumie zostaje zachowana równowaga i dobrze się słucha całości. Podobną zasadę kompozycyjną, tyle że w sztukach teatralnych, stosowano już w starożytnej Grecji. Zdawano sobie sprawę, że widza może znudzić wystawianie komedii lub tragedii ciągiem. Dlatego mieszano oba gatunki. „Cyrk nocą” (1979)„Cyrk nocą” cechują świadomość, dojrzałość i światowa jakość. Nie ma w tym przesady. Maryla Rodowicz, choć na wskroś polska, cieszyła się sympatią w niemal całym bloku socjalistycznym. Zdarzało się nawet, że koncertowała poza obszarem demokracji ludowej. Kto wie, czy gdyby nie żelazna kurtyna, nie wypłynęłaby na naprawdę szerokie wody?Album „Cyrk nocą” stanowi świadectwo szczytowej formy Rodowicz. Ale nie takiej, która wiedzie wyłącznie w kierunku dzikiej popularności. To forma, którą szanują jazzmani oraz wymagający słuchacze. Choć przecież ci mniej wymagający również znajdą tu wiele dla siebie. Wiecie, co jest najbardziej niesamowite w tej płycie? Znakomicie zagrane i zaaranżowane utwory powalają kunsztem i starannością, choć wszystko zostało podane ze swobodą. Z drugiej strony, każdą z piosenek, rzecz jasna w uproszczonej wersji, można by zaadaptować do repertuaru ogniskowego. Chwytliwe refreny, przechodzące z melodyjnych zwrotek, porywają i niejako samoczynnie wymuszają śpiewanie. Mamy do czynienia z radiowym popem na światowym poziomie, charakterystycznym dla końca lat siedemdziesiątych. Ten pop przechodzi w balladowego country rocka („Wielka woda”), blues-rocka z elementami art rocka („Łaska niebieska”), rasowy soul („Wariatka tańczy”, „Cyrk nocą”) czy jazz („Cokolwiek robię, nie żałuję”).Kompozytorów wybrano różnych i wcale nie dominuje Seweryn Krajewski. Prócz niego są: Katarzyna Gaertner, Andrzej Zieliński, Jacek Mikuła i Jan Ptaszyn Wróblewski. Pojawia się również cover z repertuaru Wladimira Wysockiego „Konie”.Słowa to głównie Agnieszka Osiecka, ale też Adam Kreczmar i Jonasz Kofta. Warstwa liryczna krąży dookoła miłosnych dylematów, rozważań egzystencjalnych, ale także czegoś na kształt współczesnego mistycyzmu. No cóż, w końcu mieliśmy lata 70. U nas trochę inne niż na Zachodzie, ale jednak szalone i barwne. Taka też była płyta „Cyrk nocą”. Można ją uznać za wspaniałe świadectwo tamtych czasów, ale też autsajderski manifest trzymania się jak najdalej od bieżących się jednak pewna epoka. Kończył się kolorowy czas propagandy, według której Polska rosła w siłę i była dziesiątą potęgą gospodarczą świata. Nachodziły chude lata osiemdziesiąte. W obronie MaryliGierkowskie kredyty doprowadziły państwo do ruiny. Nie da się przeprowadzać kapitalistycznych eksperymentów na gruncie zupełnie do tego nieprzygotowanym. Odpowiedzią na kryzys końca lat 70. XX wieku była, w dużym skrócie, Solidarność, która zatrzęsła Polską Rzeczpospolitą Ludową w posadach. Dlaczego? Oficjalnie brakowało niezależnych związków zawodowych. Nieoficjalnie chodziło po prostu o wolność. Gierek nie był tak do końca fajny, jak się wszystkim wydawało. Nie tylko pieniądze (a raczej ich brak) odgrywały tu rolę. Ważne były również akty przemocy ze strony aparatu państwa, w tym wydarzenia w Radomiu w roku 1976, które dały ludziom do myślenia. Solidarność była zupełnie nową sytuacją. Porozumienia Sierpniowe w roku 1980 wprowadziły Polskę w bardzo radosny okres. Biedny, ale pełen nadziei. Związek Radziecki był wówczas zajęty wojną w Afganistanie, więc istniała szansa, że może nie będzie sobie zawracać głowy sytuacją u nas. W grudniu 1981 Jaruzelski ukrócił demokratyczne zapędy, wprowadzając stan wojenny (zniesiony dopiero 22 lipca 1983) i uwalając Polskę na niemal powiedziała w jednym z niedawnych wywiadów Zdzisława Sośnicka, początek lat 80. był dla artystów trudny. Ludzie skupiali się raczej na rockowych zespołach z ich buntowniczymi manifestami (Perfect, Lombard, Republika, Lady Pank), twórczości z Zachodu (punk rock, new romantic, pozostałości hipisowskich wykonawców) czy nurcie solidarnościowym (Kaczmarski, Gintrowski itp.). Z koncertami było raczej średnio, a pokazywanie się w reżimowej telewizji stanowiło obciach. Z drugiej strony, jakoś trzeba było żyć. Są artyści, którzy się nie zastanawiają, czy słuszniej jest grać dla tej, czy innej ekipy rządzącej. Po prostu grają dla ludzi. A w PRL-u było podwójnie ciężko. Choćby przez brak innych kanałów komunikacyjnych niż te oficjalne. To uwaga dla młodych czytelników – nie było internetu; rzadko kto miał nawet telefon stacjonarny. Jak człowiek chciał się czegoś dowiedzieć, musiał kupić gazetę lub włączyć jeden z dwóch kanałów telewizyjnych albo trzech Rodowicz zawsze wydawała się osobą, którą interesuje przede wszystkim publiczność. Zwyczajnie karmiła się popularnością, dialogiem z ludźmi przez muzykę, bez względu na system, jaki panuje. Oczywiście można się tego czepiać, ale przypomnijmy, że nasz wielki renesansowy poeta Jan Kochanowski także nie opowiedział się nigdy po żadnej ze stron w czasie szalejącej reformacji. Interesowało go tylko tworzenie w oparciu o uniwersalne, antyczne wartości. I tak jak dziś ludzi nie interesują poglądy Jana z Czarnolasu, a wyłącznie jego poezja, tak twórczość Maryli Rodowicz pozostanie z nami jako wartość się jednak do roku 1982 – fascynującego i przerażającego jednocześnie. W tej atmosferze ukazała się płyta o bardzo wymownym tytule „Święty spokój”. Czy to przypadek, czy próba zaczarowania nieprzyjaznej rzeczywistości? „Święty spokój” (1982)Album nie trafił w odpowiedni czas. Nagrany jeszcze w czasie karnawału Solidarności, ukazał się dopiero po uspokojeniu sytuacji wywołanej pierwszą falą stanu wojennego. Przypomnijmy, że godzinę milicyjną zniesiono dopiero 2 maja 1982 roku. W sklepach brakowało podstawowych artykułów, choć Dziennik Telewizyjny uspokajał, że jest inaczej. Czas był ciężki również dla fonografii. Na szczęście ludzie szukali w muzyce strona „Świętego spokoju” podkreśla jej neutralny wymiar. Zaczynając od najbardziej znanej kompozycji „Hej żeglujże, żeglarzu”, która tak naprawdę jest XVII kaszubską pieśnią, opracowaną przez Jana Kantego Pawluśkiewicza, mamy do czynienia ze stonowaną i bezstronną poetyką. Tak jakby na zewnątrz nie działo się nic złego. Za warstwę instrumentalną odpowiada Andrzej Kleszczewski, znakomity gitarzysta, który nie tylko tu zagrał, ale również pokierował zespołem świetnych muzyków (na gitarze basowej Arkadiusz Żak, na perkusji Adam Lewandowski). Harmonie wokalne opracował Marcel Psiuk, szef słynnego w latach 80. Gangu Marcela, który to zresztą zespół wspiera Marylę na całej płycie. Można powiedzieć, że grupa firmuje album razem z artystką, występując nie tylko za mikrofonami, ale również na okładce. Pomysł był świetny, bo choć wokalnego kunsztu na wcześniejszych płytach piosenkarki nie brakowało, tym razem dostaliśmy zupełnie nową współbrzmienia głosów Gangu Marcela rezonowały potem w radiu i telewizji przez całe lata 80. Zespół stopniowo dryfował w stronę country i dziś można powiedzieć, że na stałe wpisał się w ten nurt. Na wysokości „Świętego spokoju” Maryli Rodowicz wypadało jednak mówić bardziej o folku, muzyce tradycyjnej i czymś w rodzaju szant, oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu. A skoro o nich mowa, to jakaś część płyty została wzbogacona tematyką lub metaforyką morską („Hej żeglujże, żeglarzu”, „Wielki trójżaglowiec”). Teksty mają różnych autorów; Osiecka tym razem napisała tylko jeden z nich. Wśród nazwisk przewijają się Wojciech Młynarski, Wojciech Jagielski, a nawet Stefan wszystkich trzech omawianych płyt „Święty spokój” jest pozycją najsłabszą. Trudno jednak mówić o wyraźnym spadku formy. Bardziej o okresie przejściowym, poszukiwaniu tożsamości i dogasaniu lat 70. Kolejne fale sukcesów były bowiem jeszcze przed dekada przyniosła piosenkarce kolejne hity. W nowej, kapitalistycznej rzeczywistości Maryla Rodowicz odnalazła się znakomicie. Ale to już temat na inną opowieść. Śmierć Agnieszki Osieckiej w roku 1997 ostatecznie wylegitymowała Marylę Rodowicz jako główną wykonawczynię najważniejszych tekstów poetki. Ugruntowała jej pozycję na rynku fonograficznym i zaprezentowała nieco bardziej refleksyjne oblicze (por. np. utwór „Łatwopalni”).

maryla rodowicz windą do nieba